Przebyta trasa z noclegami

Pokaz Przebyta Droga na większej mapie

wtorek, 16 sierpnia 2011

Wind Of Change

Coż... Mimo obietnic nie udało nam się ukończyć opisywania naszej podróży, choć upłynęły od tamtego czasu dwa lata. Zapewniamy jednak, że się skończyła i to bardzo szczęśliwie :).

Dlatego też nie obiecuję tony wpisów i wartkiej akcji tym razem. To będzie spokojna podróż na greckie wybrzeże w celach czysto przyziemnych: wygrzewania się na piaszczystych plażach Tracji i Macedonii.

Zostających w kraju, jakże upalnym tego lata, zapraszamy jednak do śledzenia naszych poczynań na plaży i topienia się przed monitorami z zazdrości. Jak ładnie poprosicie to może nawet przyślemy Wam pocztówkę z nami w roli głównej ;>.

Życzcie nam dobrej zabawy, słonecznej pogody (chociaż to może nie takie konieczne ;P) i wiatru w żagle (czyt. kierowców chętnych by nas zabrać). Specjalnie dla Was opalimy się podwójnie, żebyście Wy już nie musieli.

W końcu, podróż planowana od roku, się rozpoczyna. Jesteśmy podekscytowani i przeszczęśliwi.

Pozdrawiamy, całujemy i ściskamy wszystkich śledzących bloga. Enjoy!

niedziela, 9 sierpnia 2009

Lizbona

Pierwsza uderzajaca budowla lizbonska jest most. Nie wiem czy juz o nim wspominalismy, ale w dzien wydaje sie byc jeszcze potezniejszy niz noca.

Z samego rana mielismy okazje doswiadczyc wszystkich parkingowych wygod, rozpoczynajac od prysznica,a na sniadanku z ciepla herbatka konczac. Podwozka tez zapewniona, bo jedna z polskich ciezarowek opuszczala parking (dziekujemy panie Krzysiu, bardzo ciekawy mial pan GPS: "Trzymaj sie prawej strony, bo jak nie to tylko popiol z ciebie zostanie"). Autobus, jak zawsze tani Lidl, metro i juz jestesmy w centrum.

Typowe zwiedzanie rozpoczete w dzielinicy Baixa (czyt.bajsza). Masa slicznych uliczek wylozonych charakterystycznymi mozaikami.
Wydostanie sie z miasta przyspozylo nieco klopotow. Najpierw wkradlismy sie na prom bez biletow. Misterny plan Raffcia do dzis ciazy mi na sumieniu, ale bylo warto. Kiedy myslelismy juz, ze uda nam sie odjechac od miasta (po trzech podwozkach) wrocilismy...na te sama stacje...tylko po drugiej stronie drogi. Zalaywalo troszke sasiadami, stadem owiec, ale bylo calkiem milo. Do pozna w nocy probowalismy skutecznie zagrac w tanie gry, w ktore sie zaopatrzylismy w lokalnym sklepie. Do dzis nie wiemy jak przewrocic wieze z ludzikami (a la Jenga) xD
Rankiem kolejnego dnia, bez wiekszych trudnosci, zmienilismy stacje na oddalona o kilkadziesiat kilometrow nastepna. Totalne obijanie wyszlo nam na dobre,bo po wzieciu sie do roboty, znalazl sie kierowca jadacy do samego Marytu. Totalna sielanka, bo mily pan (niestety nie mamy jego zdjecia, bo aparat odmowil posluszenstwa dzien wczesniej) pogadal z nami (glownie z Raffciem), pokazal nam typowe hiszpanskie miasteczko - Trujillo (tez nie ma zdjec...), nakarmil! (obiad typu: 'place dyche jem ile chce') i zaprosil nas na przyszly rok na swoja farme do Toledo. Spalismy na stacji pod stolica, gdzie rozbilismy namiot na milym plaskowyzu posrod biegajacych krolikow (one naprawde istnialy).

niedziela, 2 sierpnia 2009

maxi EDIT

Mapa jest udoskonalona, a kazdy nocleg na niej opisany.

Nowe posty.

Nowe zdjecia na picassie (w galerii)
Swoja droga beda rozszerzone, bo nie zdazylismy wszystkich wrzucic.

Zapraszamy! ;)

Kierunek Lizbona

Nie zakladalismy, ze do portugalskiej stolicy dotrzemy w jeden dzien (malenkie 1100km), ale tez nie przewidzielismy az tylu utrudnien.

Po poczatkowych niepowodzeniach (czeste przesiadki i slabe miejsca do lapania stopa) zlapalismy megasny transport prosto do San Sebastian - najbardziej luksusowego i znanego kurortu na polnocnym wybrzezu Hiszpanii. Do dzis zastanawiamy sie jak potoczylaby sie nasza podroz, gdybysmy jednak pojechali z tym milym Francuzem mowiacym dobrze po angielsku do... do samej Portugalii... Tak, mielismy piekny transport, ale wydawalo nam sie nierealne znalezienie noclegu nad ranem, wybralismy bezpieczna Donostie (baskijska nazwa San Sebastian). Nasz podwoziciel byl bardzo ciekaw jakie sa w Polsce warunki zycia: ceny, place, ekonomia itp. Chyba w Europie postrzegani jestesmy jako dosc biedni... Ale czy tak jest... (?)

SAN SEBASTIAN

Dowiedziawszy sie o istnieniu campingu, nasz poliglota (znal przynajmniej jeszcze ojczysty francuski i hiszpanski) niezwlocznie wywiozl nas na malowniczo polozona gore Igeldo. Podziekowalismy za te nadmierna troske i oczywiscie zaczelismy szukac darmowego noclegu. Problemem byly opustoszale domy (wczesny wieczor w goracych krajach sprzyja wychodzeniu z domu) i starsi ludzie, ktorzy ni w zab nas nie rozumieli. Niestrudzeni doprosilismy sie w koncu hallu u bardzo milej rodziny. Dostalismy materac dmuchany, a nastepnego dnia rowniez prysznic.
Spanie spaniem, ale trzeba cos powiedziec o samym miescie. Otoz nie udalo nam sie zwiedzic starowki, bo nie takie tez byly nasze plany, ale ogolny wyglad kurortu nas do tego nie zachecil. Wszedzie gdzie udalo nam sie dotrzec, czy samochodem czy pieszo, otaczaly nas tylko mniej lub bardziej okazale hotele. Podobno San Sebastian to czesto wybierane miejsce odpoczynku dobrze sytuowanych hiszpanskich rodzin, tak tez wyglada. Jednak to, co natura zafundowala tej okolicy zapiera dech w piersiach. Z niecierpliwoscia dazac w strone oceanu widzimy liczne zielone gory. Zawod? Alez skad! Gory tonace w blekitnej toni... Poezja. I przesliczna stara latarnia morska odcinajaca sie biela od glebokiej zieleni. Nie zdazylismy na zachod slonca, ale wiszace nad powierzchnia wody i tak robilo ogromne wrazenie.
Dnia drugiego, po kapieli w oceanie, ktory swoja droga okazal sie zbyt kamienisty, za zimny i za slony (ach narzekacz Raffciu;) udalismy sie na droge wylotowa. Pustki podczas siesty lekko wyprowadzily nas z rownowagi, wiec z wdziecznoscia, po dlugim oczekiwaniu, przyjelismy pomoc od kobiety jadacej do Pampeluny. Stolica gonitw bykow byla nam nie po drodze, wiec nie moglismy jej niestety zwiedzic.
Pampeluna -> Vitoria -> Burgos gdzie zaliczylismy nocke na stacji. Niewielkie odleglosci, ale to zawsze cos.

GUARDA

Chcielismy jeszcze troche pojechac, ale jak zawsze nadgorliwi dobroczyncy wwiezli nas do miasta i bylo po sprawie. Stwierdzilismy, ze to dobra noc na przetasowanie i zaczelismy szukac przychylnych nam mieszkancow. A tu nagle okazuje sie, ze to niemalze druga Francja. Nie mowimy ¨Szukamy noclegu¨ tylko ¨Czy mowisz po angielsku?¨. Jak tylko znalezlismy 15letnia tlumaczke, ktora swoja droga miala pewne braki w slownictwie, ale mowila swietnie, los sie do nas usmiechnal. Rachel byla zachwycona nasza wyprawa, ale jej rodzice nie byli nam zbyt przychylni. Za to do akcji wkroczyl anglojezyczny sasiad (gdzie on sie wczesniej podziewal?) i wszystko dobrze sie skonczylo. Co prawda nie dostalo nam sie cieple lozeczko tylko kawalek trawnika i garaz we wladanie, ale kolacja byla wyborna, a prysznic... a prysznic niecodzienny. Bo kto biorac prysznic robi sobie masaz sluchajac jednoczesnie radia? Jesli ktos z Was wybaczcie, zazdrosc;)
Po nocnym transporcie i wczesniejszych niedogodnosciach (paleni sloncem miedzy 12 a 15 po poludniu blagalismy by ktos sie zatrzymal, bezskutecznie) dotarlismy pod stolice Portugalii, gdzie ugoscili nas, czekajacy na transport od tygodnia(!), polscy trakerzy. Spanie w 13metrowej przyczepie przeznaczonej do przewozu owocow jest o dziwo calkiem przyjemne:)

Bordeaux - odpoczynek i relaks

Dotarcie do Merignac, jak juz wiecie, nie sprawilo nam wiekszych trudnosci. Mila dziewczyna wpscila nas, dzieki czemu nie musielismy uzywac domofonu i udalo nam sie zaskoczyc kolejnego couchserfera - Vincenta.
Mily, mlody Francuz mowiacy po angielsku i komputer do pelnej dyspozycji - wszystko czego nam bylo trzeba. Jak powszechnie wiadomo Francuzi sa tak ´dumni´ ze swojego jezyka, ze nie uwazaja za konieczne uczenie sie innych. Napotkalismy chodzacy wyjatek potwierdzajacy regule. Vince 15 lat(!) uczyl sie angielskiego w szkole, bez rezultatow. Dopiero na studiach, kiedy zaczal podrozowac, zrozumial, ze jednak umiejetnosc porozumiewania sie jest przydatna. Tak wiec zostal aktywnym hosterem i zaprasza do siebie kazdego kto jest w stanie z nim pospikac.
Skorzystalismy z pobliskiego supermarketu, zrobilismy sobie spaghetti, z rana pyszne tosty z czekolada. Full wypas.
I niby juz wyjechalismy, zwiedzilismy miasto i zapakowani ruszylismy w trase kiedy... Kiedy okazalo sie, ze jest juz pozno i nawet do drogi wylotowej nie uda nam sie dotrzec. Telefon do Vincenta i Bordeaux witaj znow.
Na szczescie na wieczor zaproszeni byli goscie, wszyscy wybyli do pubu. DominoEvening sprawdzil sie znakomicie i nastepnego ranka, w pelni wypoczeci, ruszylismy zdobywac gorace kraje Europy Zachodniej - Hiszpanie i Portugalie.

środa, 29 lipca 2009

Piszcie! Czytajcie! Ogladajcie!

Wspierajcie nas!
Posty nie sa kompletne, ale galeria jest poprawiona - zapraszamy!
Przesledzcie tez mape.

Z gory dzieki - liczymy na WAS ;DD

Rafal & Ania

Paryz - dzien trzeci

Dnia poprzedniego zmusilismy sie do zrobienia prania, ktore oczywiscie w normalnych warunkach wyschloby w takim klimacie, ale nasze lenistwo zostalo pokarane. Pierwszego dnia sie lenilismy, wiec ostatniego w nocy byla burza. Tym sposobem dzien trzeci rozpoczelismy od porannej toalety i zbierania mokrego pranie, ktore nawiasem mowiac wlasciciel hotelu kazal nam zdjac z barierki w oknie, bo gatki i skarpetki na widoku publicznym sa niemile widziane (straszyl nawet policja...)
Luwr, nie wiemy czy na szczescie czy nasze nieszczescie, byl otwarty. Spedzilismy w nim kilka upojnych godzin, a i tak zostalo jeszcze wiele do zobaczenia. W gruncie rzeczy to, oprocz zmeczenia, bardzo nam sie podobalo.
W drodze do stacji metra, dzieki ktoremu mielismy wydostac sie z metropolii, spotkala nas niespodziewana atrakcja. Na ulicy przy znanym moscie Pont Neuf (ulica tej samej nazwy) ulokowanych jest masa...sklepow ogrodniczych i... zoologicznych! Ale jakich! U nas, w Polsce, chyba nie jestesmy w stanie spotkac ´akwariow´ ze szczeniaczkami... Yorkshire teriery, beagle, maltanczyki i oczywiscie... przeslodkie chihuahua krotko i dlugowlose. Jedyne 2800€ - mielismy kupic, ale meczylyby sie w podrozy. No a oprocz tego koty rasowe, papugi, fretki, gady, rybki itp. Ale pieski oczywiscie najlepsze :D
Metro okazalo sie byc...pociagiem. I zakladajac, ze jadac na ostatnia stacje zblizymy sie do obrzezy miasta, wyladowalismy jakies 50km na poludnie od Paryza w miejscowosci, o wdziecznej nazwie, Malesherbes.

MALESHERBES

To juz oddzielna historia. Jedna noc, a tyle wrazen. Standardowo sprawdzilismy ceny w pobliskim hotelu, ale jak to na skapcow przystalo byly za wysokie. Pojawila sie nadzieje, ze z Francuzami nie jest tak zle-barmanka i wlascicielka jednoczesnie, mowila plynnie po angielsku. No i na niej koniec. Nadchodzi burza, a nikt nie chce nas przyjac w domu, a raczej nawet nie slyszy naszej propozycji, bo po co strzepic jezyk, gdy ktos po angielsku rozumie tylko slowo ´camping´. Otoz kazdy, gdy probowalismy wytlumaczyc, ze na CAMPING nie mozemy isc, bo nasz namiot przemoknie, zaczynal tlumaczyc gdzie ow camping jest.
Po raz kolejny ratunek nadszedl z genialnego umyslu Raffcia. Skruszeni przemoczeni wrocilismy do hotelowego baru i poprosilismy o notke po francusku. Z ta oto magiczna karteczka udalo nam sie w TRZECIM domu znalezc nocleg. Nasz nowy znajomy nie rozumial ani slowa po angielsku, a my nie rozumielismy ani slowa po francusku. Zabawa byla przednia - kalambury zarowno slowne, dzwiekowe, rysowane jak i pokazywane calym cialem. Ale to co nam zaoferowal bylo warte kazdego poswiecenia: lazienke, kuchnie (w ktorej co ciekawe nie dalo sie ugotowac wody - nie bylo czajnika) i pokoj z wielkim lozkiem do naszej dyspozycji. Oferowal nawet dwa oddzielne pokoje, ale nie przesadzajmy, az tak zachlanni nie jestesmy. Pan byl bardzo mily - pokazal nam swoj trojkolowy super-motor, a rano podwiozl w okolice drogi wylotowej i Intermarche (jak my kochamy supermarkety, godzinami potrafimy decydowac sie na najnizsza cene).

Obalajac wszelkie mity musimy przyznac - we Francji o stopa nie trudno. Dla nas zatrzymal sie pierwszy samochod, ktoremu nasze gietkie nadgarstki zamigotaly przed szyba. Na kolejnym przystanku czekalismy niecale 15 minut, a trzeba podkreslic, ze pieciopasmowa droga to nie byla. Facet, ktory uraczyl swoj zywot nasza obecnoscia, byl nie z tej ziemi. A konkretniej niejeden Polak marzy by w wieku niespelna 50 lat wciaz byc zagorzalym fanem ostrego techno. Nie przeszkodzi w tym ani kilkuletnia corka w samochodzie, ani pasazerowie, z ktorymi wypadaloby porozmawiac. Nigdy, a na pewno od bardzo dawna, nie mielismy tej watpliwej przyjemnosci sluchac hardtecno tak glosno. Odjazd zioooooom. umcy umcy umcy... ^^
Nasze szczescie potwierdzilo sie, gdy kolejny kierowca, ktory nas wzial byl pierwszym, ktoremu machalismy, a jego nastepca tym ,ktory podwiozl nas pod sam dom couchserfera w Bordeaux - Vincenta (przejechalismy z nim 400km! a mieszkal dokladnie w miejscowosci Merignac - czyli tam gdzie chcielismy dotrzec).