Z Opola pojechalismy do Raciborza. Dopiero tam, od kierowcow ciezarowek, dowiedzielismy sie, ze to nie jest najlepsza trasa. Caly transport na poludnie przekaracza granice w Cieszynie. Juz mielismy sie zaczac martwic, gdy zlapalo nas szczescie. Kierowca TIRa, ktory mial juz nigdzie nie jechac, zdecydowal sie nam pomoc i przewiozl nas przez polsko-czeska granice. Dalej nie mogl jechac. Jednak pierwszy kierowca, ktorego zapytalimy, wyjechac mial za 4 minuty. Dlugo nie musielismy sie zastanawiac. Po chwili juz pedzilismy czeska autostrada. Zlapalismy wiatr w zagle. Zatrzymalismy sie dopiero na granicy czesko-slowackiej. Zjedlismy cos w rozsadnej cenie (Raff cos miesnego, Ania - wlasna zupke chinska) i po jednym pytaniu ruszalismy dalej. Zabralismy sie z dwoma Polakami, ktorzy spedzili kilka godzin naprawiajac swoj srodek transportu. Jechalismy z kazdym w osobnej ciezarowce. Byli bardzo mili, mimo pospiechu, specjalnie zjechali dla nas na stacje benzynowa przy obwodnicy Budapesztu. Raz, dwa, trzy i juz spalismy w stolicy Wegier!
Pierwszy raz w zyciu zdazylo nam sie widziec McDonald'sa, ktory nie dziala. Opuszczony Mc, brzmi jak material na porzadny horror. Gdzie spalismy? A wprost na trawniku, kolo Mca.O dziwo, nikt nie mial nic przeciwko. Ani wieczorem, ani rano.No i kto moze powiedziec, ze spal kolo nawiedzonego McDonald'sa, co?
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
środa, 24 sierpnia 2011
Polska -> Grecja czesc I
Nasza podroz zaczela sie we wtorek 17.sierpnia 2011. Zaczynalismy w miare wczesnie, ale lenistwo zmusilo nas do porannego pakowania i zalatwiania spraw, ktore powinny byc juz zalatwione. Europejska Karta Ubezpieczenia Zagranicznego (EKUZ), zakupy w Lidlu, przepakowanie. Na cale szczescie mielismy malego-Wielkiego pomocnika (Olus - You're great ;*). Wyjechalismy na trase wylotowa z rodzinnego miasta Raffa. Chwila czekania, ale wszystko w normie. Pierwszy przystanek - Rychwal, nasza pierwsza katastrofa. Dwie stacje benzynowe obok siebie i Polska - zabojcze polaczenie. Zeszlo nam jakies poltorej godziny, a Raff zgubil swoja ukochana czapke z daszkiem (przez przechodzenie miedzy stacjami). Potem Kalisz - na trzy raty. Po drodze byl tez Ostrow Wlkp. (wtajemniczeni wiedza ;). Cala nasza Ojczyna oczywiscie przejechana w drobnych kawalkach - po 30-50km, czasem wiecej. Do Opola, pierwszego noclegu, zabralo nas bardzo mile malzenstwo wakacyjnych podroznikow (widzieli wiele ciekawych miejsc, ale mieli odpowiednio duzo pieniedzy, by godnie latac samolotem). Spalismy na srodku scierniska przy stacji wylotowej z miasta. Lepszej miejscowki nie udalo nam sie znalezc, ale pomyslelismy: "A co tam! Co nam moga zrobic? Przeciez niczego nie niszczymy". Przekonalismy sie rano. Kazdy lubi byc Panem na Wlosciach. Kierowca ciagnika celowo przyjechal na pole, po to tylko, by z bliska obrzucic nasz namiot nawozem (takie drobne kuleczki, nie gnoj - zeby sobie ktos za duzo nie wyobrazal). Tym samym dal nam znac, ze slonko juz wzeszlo.
Ciag dalszy nastapi...
Ciag dalszy nastapi...
wtorek, 16 sierpnia 2011
Trasa.
Poprzednią mapę (wyprawa dookoła Europy) zostawiamy w celach archiwalnych i z sentymentu. Niestety nie da się wstawić dwóch interaktywnych map, więc dodajemy screena i adres do oryginalnej trasy. Enjoy!
http://maps.google.pl/maps?saddr=Trasa+25&daddr=45.0209%2C22.77328+to%3AEgnatia+Odos%2F%CE%95%CE%B3%CE%BD%CE%B1%CF%84%CE%AF%CE%B1+%CE%9F%CE%B4%CF%8C%CF%82%2FA2%2FE90&hl=pl&ie=UTF8&ll=51.954422%2C18.446045&spn=1.912719%2C5.410767&sll=44.699898%2C21.42334&sspn=8.822875%2C21.643066&geocode=FTPkHAMdNFsWAQ%3BFeT2rgIdIH5bASkpWbCEsgNSRzHKxiW3RqjQjQ%3BFcZ0bQIdDr9eAQ&mra=dpe&mrsp=1&sz=6&via=1&z=8
Wind Of Change
Coż... Mimo obietnic nie udało nam się ukończyć opisywania naszej podróży, choć upłynęły od tamtego czasu dwa lata. Zapewniamy jednak, że się skończyła i to bardzo szczęśliwie :).
Dlatego też nie obiecuję tony wpisów i wartkiej akcji tym razem. To będzie spokojna podróż na greckie wybrzeże w celach czysto przyziemnych: wygrzewania się na piaszczystych plażach Tracji i Macedonii.
Zostających w kraju, jakże upalnym tego lata, zapraszamy jednak do śledzenia naszych poczynań na plaży i topienia się przed monitorami z zazdrości. Jak ładnie poprosicie to może nawet przyślemy Wam pocztówkę z nami w roli głównej ;>.
Życzcie nam dobrej zabawy, słonecznej pogody (chociaż to może nie takie konieczne ;P) i wiatru w żagle (czyt. kierowców chętnych by nas zabrać). Specjalnie dla Was opalimy się podwójnie, żebyście Wy już nie musieli.
W końcu, podróż planowana od roku, się rozpoczyna. Jesteśmy podekscytowani i przeszczęśliwi.
Pozdrawiamy, całujemy i ściskamy wszystkich śledzących bloga. Enjoy!
Dlatego też nie obiecuję tony wpisów i wartkiej akcji tym razem. To będzie spokojna podróż na greckie wybrzeże w celach czysto przyziemnych: wygrzewania się na piaszczystych plażach Tracji i Macedonii.
Zostających w kraju, jakże upalnym tego lata, zapraszamy jednak do śledzenia naszych poczynań na plaży i topienia się przed monitorami z zazdrości. Jak ładnie poprosicie to może nawet przyślemy Wam pocztówkę z nami w roli głównej ;>.
Życzcie nam dobrej zabawy, słonecznej pogody (chociaż to może nie takie konieczne ;P) i wiatru w żagle (czyt. kierowców chętnych by nas zabrać). Specjalnie dla Was opalimy się podwójnie, żebyście Wy już nie musieli.
W końcu, podróż planowana od roku, się rozpoczyna. Jesteśmy podekscytowani i przeszczęśliwi.
Pozdrawiamy, całujemy i ściskamy wszystkich śledzących bloga. Enjoy!
niedziela, 9 sierpnia 2009
Lizbona
Pierwsza uderzajaca budowla lizbonska jest most. Nie wiem czy juz o nim wspominalismy, ale w dzien wydaje sie byc jeszcze potezniejszy niz noca.
Z samego rana mielismy okazje doswiadczyc wszystkich parkingowych wygod, rozpoczynajac od prysznica,a na sniadanku z ciepla herbatka konczac. Podwozka tez zapewniona, bo jedna z polskich ciezarowek opuszczala parking (dziekujemy panie Krzysiu, bardzo ciekawy mial pan GPS: "Trzymaj sie prawej strony, bo jak nie to tylko popiol z ciebie zostanie"). Autobus, jak zawsze tani Lidl, metro i juz jestesmy w centrum.

Typowe zwiedzanie rozpoczete w dzielinicy Baixa (czyt.bajsza). Masa slicznych uliczek wylozonych charakterystycznymi mozaikami.
Wydostanie sie z miasta przyspozylo nieco klopotow. Najpierw wkradlismy sie na prom bez biletow. Misterny plan Raffcia do dzis ciazy mi na sumieniu, ale bylo warto. Kiedy myslelismy juz, ze uda nam sie odjechac od miasta (po trzech podwozkach) wrocilismy...na te sama stacje...tylko po drugiej stronie drogi. Zalaywalo troszke sasiadami, stadem owiec, ale bylo calkiem milo. Do pozna w nocy probowalismy skutecznie zagrac w tanie gry, w ktore sie zaopatrzylismy w lokalnym sklepie. Do dzis nie wiemy jak przewrocic wieze z ludzikami (a la Jenga) xD
Rankiem kolejnego dnia, bez wiekszych trudnosci, zmienilismy stacje na oddalona o kilkadziesiat kilometrow nastepna. Totalne obijanie wyszlo nam na dobre,bo po wzieciu sie do roboty, znalazl sie kierowca jadacy do samego Marytu. Totalna sielanka, bo mily pan (niestety nie mamy jego zdjecia, bo aparat odmowil posluszenstwa dzien wczesniej) pogadal z nami (glownie z Raffciem), pokazal nam typowe hiszpanskie miasteczko - Trujillo (tez nie ma zdjec...), nakarmil! (obiad typu: 'place dyche jem ile chce') i zaprosil nas na przyszly rok na swoja farme do Toledo. Spalismy na stacji pod stolica, gdzie rozbilismy namiot na milym plaskowyzu posrod biegajacych krolikow (one naprawde istnialy).
Z samego rana mielismy okazje doswiadczyc wszystkich parkingowych wygod, rozpoczynajac od prysznica,a na sniadanku z ciepla herbatka konczac. Podwozka tez zapewniona, bo jedna z polskich ciezarowek opuszczala parking (dziekujemy panie Krzysiu, bardzo ciekawy mial pan GPS: "Trzymaj sie prawej strony, bo jak nie to tylko popiol z ciebie zostanie"). Autobus, jak zawsze tani Lidl, metro i juz jestesmy w centrum.
Typowe zwiedzanie rozpoczete w dzielinicy Baixa (czyt.bajsza). Masa slicznych uliczek wylozonych charakterystycznymi mozaikami.
Wydostanie sie z miasta przyspozylo nieco klopotow. Najpierw wkradlismy sie na prom bez biletow. Misterny plan Raffcia do dzis ciazy mi na sumieniu, ale bylo warto. Kiedy myslelismy juz, ze uda nam sie odjechac od miasta (po trzech podwozkach) wrocilismy...na te sama stacje...tylko po drugiej stronie drogi. Zalaywalo troszke sasiadami, stadem owiec, ale bylo calkiem milo. Do pozna w nocy probowalismy skutecznie zagrac w tanie gry, w ktore sie zaopatrzylismy w lokalnym sklepie. Do dzis nie wiemy jak przewrocic wieze z ludzikami (a la Jenga) xD
Rankiem kolejnego dnia, bez wiekszych trudnosci, zmienilismy stacje na oddalona o kilkadziesiat kilometrow nastepna. Totalne obijanie wyszlo nam na dobre,bo po wzieciu sie do roboty, znalazl sie kierowca jadacy do samego Marytu. Totalna sielanka, bo mily pan (niestety nie mamy jego zdjecia, bo aparat odmowil posluszenstwa dzien wczesniej) pogadal z nami (glownie z Raffciem), pokazal nam typowe hiszpanskie miasteczko - Trujillo (tez nie ma zdjec...), nakarmil! (obiad typu: 'place dyche jem ile chce') i zaprosil nas na przyszly rok na swoja farme do Toledo. Spalismy na stacji pod stolica, gdzie rozbilismy namiot na milym plaskowyzu posrod biegajacych krolikow (one naprawde istnialy).
niedziela, 2 sierpnia 2009
maxi EDIT
Mapa jest udoskonalona, a kazdy nocleg na niej opisany.
Nowe posty.
Nowe zdjecia na picassie (w galerii)
Swoja droga beda rozszerzone, bo nie zdazylismy wszystkich wrzucic.
Zapraszamy! ;)
Nowe posty.
Nowe zdjecia na picassie (w galerii)
Swoja droga beda rozszerzone, bo nie zdazylismy wszystkich wrzucic.
Zapraszamy! ;)
Kierunek Lizbona
Nie zakladalismy, ze do portugalskiej stolicy dotrzemy w jeden dzien (malenkie 1100km), ale tez nie przewidzielismy az tylu utrudnien.
Po poczatkowych niepowodzeniach (czeste przesiadki i slabe miejsca do lapania stopa) zlapalismy megasny transport prosto do San Sebastian - najbardziej luksusowego i znanego kurortu na polnocnym wybrzezu Hiszpanii. Do dzis zastanawiamy sie jak potoczylaby sie nasza podroz, gdybysmy jednak pojechali z tym milym Francuzem mowiacym dobrze po angielsku do... do samej Portugalii... Tak, mielismy piekny transport, ale wydawalo nam sie nierealne znalezienie noclegu nad ranem, wybralismy bezpieczna Donostie (baskijska nazwa San Sebastian). Nasz podwoziciel byl bardzo ciekaw jakie sa w Polsce warunki zycia: ceny, place, ekonomia itp. Chyba w Europie postrzegani jestesmy jako dosc biedni... Ale czy tak jest... (?)
SAN SEBASTIAN
Dowiedziawszy sie o istnieniu campingu, nasz poliglota (znal przynajmniej jeszcze ojczysty francuski i hiszpanski) niezwlocznie wywiozl nas na malowniczo polozona gore Igeldo. Podziekowalismy za te nadmierna troske i oczywiscie zaczelismy szukac darmowego noclegu. Problemem byly opustoszale domy (wczesny wieczor w goracych krajach sprzyja wychodzeniu z domu) i starsi ludzie, ktorzy ni w zab nas nie rozumieli. Niestrudzeni doprosilismy sie w koncu hallu u bardzo milej rodziny. Dostalismy materac dmuchany, a nastepnego dnia rowniez prysznic.
Spanie spaniem, ale trzeba cos powiedziec o samym miescie. Otoz nie udalo nam sie zwiedzic starowki, bo nie takie tez byly nasze plany, ale ogolny wyglad kurortu nas do tego nie zachecil. Wszedzie gdzie udalo nam sie dotrzec, czy samochodem czy pieszo, otaczaly nas tylko mniej lub bardziej okazale hotele. Podobno San Sebastian to czesto wybierane miejsce odpoczynku dobrze sytuowanych hiszpanskich rodzin, tak tez wyglada. Jednak to, co natura zafundowala tej okolicy zapiera dech w piersiach. Z niecierpliwoscia dazac w strone oceanu widzimy liczne zielone gory. Zawod? Alez skad! Gory tonace w blekitnej toni... Poezja. I przesliczna stara latarnia morska odcinajaca sie biela od glebokiej zieleni. Nie zdazylismy na zachod slonca, ale wiszace nad powierzchnia wody i tak robilo ogromne wrazenie.
Dnia drugiego, po kapieli w oceanie, ktory swoja droga okazal sie zbyt kamienisty, za zimny i za slony (ach narzekacz Raffciu;) udalismy sie na droge wylotowa. Pustki podczas siesty lekko wyprowadzily nas z rownowagi, wiec z wdziecznoscia, po dlugim oczekiwaniu, przyjelismy pomoc od kobiety jadacej do Pampeluny. Stolica gonitw bykow byla nam nie po drodze, wiec nie moglismy jej niestety zwiedzic.
Pampeluna -> Vitoria -> Burgos gdzie zaliczylismy nocke na stacji. Niewielkie odleglosci, ale to zawsze cos.
GUARDA
Chcielismy jeszcze troche pojechac, ale jak zawsze nadgorliwi dobroczyncy wwiezli nas do miasta i bylo po sprawie. Stwierdzilismy, ze to dobra noc na przetasowanie i zaczelismy szukac przychylnych nam mieszkancow. A tu nagle okazuje sie, ze to niemalze druga Francja. Nie mowimy ¨Szukamy noclegu¨ tylko ¨Czy mowisz po angielsku?¨. Jak tylko znalezlismy 15letnia tlumaczke, ktora swoja droga miala pewne braki w slownictwie, ale mowila swietnie, los sie do nas usmiechnal. Rachel byla zachwycona nasza wyprawa, ale jej rodzice nie byli nam zbyt przychylni. Za to do akcji wkroczyl anglojezyczny sasiad (gdzie on sie wczesniej podziewal?) i wszystko dobrze sie skonczylo. Co prawda nie dostalo nam sie cieple lozeczko tylko kawalek trawnika i garaz we wladanie, ale kolacja byla wyborna, a prysznic... a prysznic niecodzienny. Bo kto biorac prysznic robi sobie masaz sluchajac jednoczesnie radia? Jesli ktos z Was wybaczcie, zazdrosc;)
Po nocnym transporcie i wczesniejszych niedogodnosciach (paleni sloncem miedzy 12 a 15 po poludniu blagalismy by ktos sie zatrzymal, bezskutecznie) dotarlismy pod stolice Portugalii, gdzie ugoscili nas, czekajacy na transport od tygodnia(!), polscy trakerzy. Spanie w 13metrowej przyczepie przeznaczonej do przewozu owocow jest o dziwo calkiem przyjemne:)
Po poczatkowych niepowodzeniach (czeste przesiadki i slabe miejsca do lapania stopa) zlapalismy megasny transport prosto do San Sebastian - najbardziej luksusowego i znanego kurortu na polnocnym wybrzezu Hiszpanii. Do dzis zastanawiamy sie jak potoczylaby sie nasza podroz, gdybysmy jednak pojechali z tym milym Francuzem mowiacym dobrze po angielsku do... do samej Portugalii... Tak, mielismy piekny transport, ale wydawalo nam sie nierealne znalezienie noclegu nad ranem, wybralismy bezpieczna Donostie (baskijska nazwa San Sebastian). Nasz podwoziciel byl bardzo ciekaw jakie sa w Polsce warunki zycia: ceny, place, ekonomia itp. Chyba w Europie postrzegani jestesmy jako dosc biedni... Ale czy tak jest... (?)
SAN SEBASTIAN
Dowiedziawszy sie o istnieniu campingu, nasz poliglota (znal przynajmniej jeszcze ojczysty francuski i hiszpanski) niezwlocznie wywiozl nas na malowniczo polozona gore Igeldo. Podziekowalismy za te nadmierna troske i oczywiscie zaczelismy szukac darmowego noclegu. Problemem byly opustoszale domy (wczesny wieczor w goracych krajach sprzyja wychodzeniu z domu) i starsi ludzie, ktorzy ni w zab nas nie rozumieli. Niestrudzeni doprosilismy sie w koncu hallu u bardzo milej rodziny. Dostalismy materac dmuchany, a nastepnego dnia rowniez prysznic.
Spanie spaniem, ale trzeba cos powiedziec o samym miescie. Otoz nie udalo nam sie zwiedzic starowki, bo nie takie tez byly nasze plany, ale ogolny wyglad kurortu nas do tego nie zachecil. Wszedzie gdzie udalo nam sie dotrzec, czy samochodem czy pieszo, otaczaly nas tylko mniej lub bardziej okazale hotele. Podobno San Sebastian to czesto wybierane miejsce odpoczynku dobrze sytuowanych hiszpanskich rodzin, tak tez wyglada. Jednak to, co natura zafundowala tej okolicy zapiera dech w piersiach. Z niecierpliwoscia dazac w strone oceanu widzimy liczne zielone gory. Zawod? Alez skad! Gory tonace w blekitnej toni... Poezja. I przesliczna stara latarnia morska odcinajaca sie biela od glebokiej zieleni. Nie zdazylismy na zachod slonca, ale wiszace nad powierzchnia wody i tak robilo ogromne wrazenie.
Dnia drugiego, po kapieli w oceanie, ktory swoja droga okazal sie zbyt kamienisty, za zimny i za slony (ach narzekacz Raffciu;) udalismy sie na droge wylotowa. Pustki podczas siesty lekko wyprowadzily nas z rownowagi, wiec z wdziecznoscia, po dlugim oczekiwaniu, przyjelismy pomoc od kobiety jadacej do Pampeluny. Stolica gonitw bykow byla nam nie po drodze, wiec nie moglismy jej niestety zwiedzic.
Pampeluna -> Vitoria -> Burgos gdzie zaliczylismy nocke na stacji. Niewielkie odleglosci, ale to zawsze cos.
GUARDA
Chcielismy jeszcze troche pojechac, ale jak zawsze nadgorliwi dobroczyncy wwiezli nas do miasta i bylo po sprawie. Stwierdzilismy, ze to dobra noc na przetasowanie i zaczelismy szukac przychylnych nam mieszkancow. A tu nagle okazuje sie, ze to niemalze druga Francja. Nie mowimy ¨Szukamy noclegu¨ tylko ¨Czy mowisz po angielsku?¨. Jak tylko znalezlismy 15letnia tlumaczke, ktora swoja droga miala pewne braki w slownictwie, ale mowila swietnie, los sie do nas usmiechnal. Rachel byla zachwycona nasza wyprawa, ale jej rodzice nie byli nam zbyt przychylni. Za to do akcji wkroczyl anglojezyczny sasiad (gdzie on sie wczesniej podziewal?) i wszystko dobrze sie skonczylo. Co prawda nie dostalo nam sie cieple lozeczko tylko kawalek trawnika i garaz we wladanie, ale kolacja byla wyborna, a prysznic... a prysznic niecodzienny. Bo kto biorac prysznic robi sobie masaz sluchajac jednoczesnie radia? Jesli ktos z Was wybaczcie, zazdrosc;)
Po nocnym transporcie i wczesniejszych niedogodnosciach (paleni sloncem miedzy 12 a 15 po poludniu blagalismy by ktos sie zatrzymal, bezskutecznie) dotarlismy pod stolice Portugalii, gdzie ugoscili nas, czekajacy na transport od tygodnia(!), polscy trakerzy. Spanie w 13metrowej przyczepie przeznaczonej do przewozu owocow jest o dziwo calkiem przyjemne:)
Bordeaux - odpoczynek i relaks
Dotarcie do Merignac, jak juz wiecie, nie sprawilo nam wiekszych trudnosci. Mila dziewczyna wpscila nas, dzieki czemu nie musielismy uzywac domofonu i udalo nam sie zaskoczyc kolejnego couchserfera - Vincenta.
Mily, mlody Francuz mowiacy po angielsku i komputer do pelnej dyspozycji - wszystko czego nam bylo trzeba. Jak powszechnie wiadomo Francuzi sa tak ´dumni´ ze swojego jezyka, ze nie uwazaja za konieczne uczenie sie innych. Napotkalismy chodzacy wyjatek potwierdzajacy regule. Vince 15 lat(!) uczyl sie angielskiego w szkole, bez rezultatow. Dopiero na studiach, kiedy zaczal podrozowac, zrozumial, ze jednak umiejetnosc porozumiewania sie jest przydatna. Tak wiec zostal aktywnym hosterem i zaprasza do siebie kazdego kto jest w stanie z nim pospikac.
Skorzystalismy z pobliskiego supermarketu, zrobilismy sobie spaghetti, z rana pyszne tosty z czekolada. Full wypas.
I niby juz wyjechalismy, zwiedzilismy miasto i zapakowani ruszylismy w trase kiedy... Kiedy okazalo sie, ze jest juz pozno i nawet do drogi wylotowej nie uda nam sie dotrzec. Telefon do Vincenta i Bordeaux witaj znow.
Na szczescie na wieczor zaproszeni byli goscie, wszyscy wybyli do pubu. DominoEvening sprawdzil sie znakomicie i nastepnego ranka, w pelni wypoczeci, ruszylismy zdobywac gorace kraje Europy Zachodniej - Hiszpanie i Portugalie.
Mily, mlody Francuz mowiacy po angielsku i komputer do pelnej dyspozycji - wszystko czego nam bylo trzeba. Jak powszechnie wiadomo Francuzi sa tak ´dumni´ ze swojego jezyka, ze nie uwazaja za konieczne uczenie sie innych. Napotkalismy chodzacy wyjatek potwierdzajacy regule. Vince 15 lat(!) uczyl sie angielskiego w szkole, bez rezultatow. Dopiero na studiach, kiedy zaczal podrozowac, zrozumial, ze jednak umiejetnosc porozumiewania sie jest przydatna. Tak wiec zostal aktywnym hosterem i zaprasza do siebie kazdego kto jest w stanie z nim pospikac.
Skorzystalismy z pobliskiego supermarketu, zrobilismy sobie spaghetti, z rana pyszne tosty z czekolada. Full wypas.
I niby juz wyjechalismy, zwiedzilismy miasto i zapakowani ruszylismy w trase kiedy... Kiedy okazalo sie, ze jest juz pozno i nawet do drogi wylotowej nie uda nam sie dotrzec. Telefon do Vincenta i Bordeaux witaj znow.
Na szczescie na wieczor zaproszeni byli goscie, wszyscy wybyli do pubu. DominoEvening sprawdzil sie znakomicie i nastepnego ranka, w pelni wypoczeci, ruszylismy zdobywac gorace kraje Europy Zachodniej - Hiszpanie i Portugalie.
środa, 29 lipca 2009
Piszcie! Czytajcie! Ogladajcie!
Wspierajcie nas!
Posty nie sa kompletne, ale galeria jest poprawiona - zapraszamy!
Przesledzcie tez mape.
Z gory dzieki - liczymy na WAS ;DD
Rafal & Ania
Posty nie sa kompletne, ale galeria jest poprawiona - zapraszamy!
Przesledzcie tez mape.
Z gory dzieki - liczymy na WAS ;DD
Rafal & Ania
Paryz - dzien trzeci
Dnia poprzedniego zmusilismy sie do zrobienia prania, ktore oczywiscie w normalnych warunkach wyschloby w takim klimacie, ale nasze lenistwo zostalo pokarane. Pierwszego dnia sie lenilismy, wiec ostatniego w nocy byla burza. Tym sposobem dzien trzeci rozpoczelismy od porannej toalety i zbierania mokrego pranie, ktore nawiasem mowiac wlasciciel hotelu kazal nam zdjac z barierki w oknie, bo gatki i skarpetki na widoku publicznym sa niemile widziane (straszyl nawet policja...)
Luwr, nie wiemy czy na szczescie czy nasze nieszczescie, byl otwarty. Spedzilismy w nim kilka upojnych godzin, a i tak zostalo jeszcze wiele do zobaczenia. W gruncie rzeczy to, oprocz zmeczenia, bardzo nam sie podobalo.
W drodze do stacji metra, dzieki ktoremu mielismy wydostac sie z metropolii, spotkala nas niespodziewana atrakcja. Na ulicy przy znanym moscie Pont Neuf (ulica tej samej nazwy) ulokowanych jest masa...sklepow ogrodniczych i... zoologicznych! Ale jakich! U nas, w Polsce, chyba nie jestesmy w stanie spotkac ´akwariow´ ze szczeniaczkami... Yorkshire teriery, beagle, maltanczyki i oczywiscie... przeslodkie chihuahua krotko i dlugowlose. Jedyne 2800€ - mielismy kupic, ale meczylyby sie w podrozy. No a oprocz tego koty rasowe, papugi, fretki, gady, rybki itp. Ale pieski oczywiscie najlepsze :D
Metro okazalo sie byc...pociagiem. I zakladajac, ze jadac na ostatnia stacje zblizymy sie do obrzezy miasta, wyladowalismy jakies 50km na poludnie od Paryza w miejscowosci, o wdziecznej nazwie, Malesherbes.
MALESHERBES
To juz oddzielna historia. Jedna noc, a tyle wrazen. Standardowo sprawdzilismy ceny w pobliskim hotelu, ale jak to na skapcow przystalo byly za wysokie. Pojawila sie nadzieje, ze z Francuzami nie jest tak zle-barmanka i wlascicielka jednoczesnie, mowila plynnie po angielsku. No i na niej koniec. Nadchodzi burza, a nikt nie chce nas przyjac w domu, a raczej nawet nie slyszy naszej propozycji, bo po co strzepic jezyk, gdy ktos po angielsku rozumie tylko slowo ´camping´. Otoz kazdy, gdy probowalismy wytlumaczyc, ze na CAMPING nie mozemy isc, bo nasz namiot przemoknie, zaczynal tlumaczyc gdzie ow camping jest.
Po raz kolejny ratunek nadszedl z genialnego umyslu Raffcia. Skruszeni przemoczeni wrocilismy do hotelowego baru i poprosilismy o notke po francusku. Z ta oto magiczna karteczka udalo nam sie w TRZECIM domu znalezc nocleg. Nasz nowy znajomy nie rozumial ani slowa po angielsku, a my nie rozumielismy ani slowa po francusku. Zabawa byla przednia - kalambury zarowno slowne, dzwiekowe, rysowane jak i pokazywane calym cialem. Ale to co nam zaoferowal bylo warte kazdego poswiecenia: lazienke, kuchnie (w ktorej co ciekawe nie dalo sie ugotowac wody - nie bylo czajnika) i pokoj z wielkim lozkiem do naszej dyspozycji. Oferowal nawet dwa oddzielne pokoje, ale nie przesadzajmy, az tak zachlanni nie jestesmy. Pan byl bardzo mily - pokazal nam swoj trojkolowy super-motor, a rano podwiozl w okolice drogi wylotowej i Intermarche (jak my kochamy supermarkety, godzinami potrafimy decydowac sie na najnizsza cene).
Obalajac wszelkie mity musimy przyznac - we Francji o stopa nie trudno. Dla nas zatrzymal sie pierwszy samochod, ktoremu nasze gietkie nadgarstki zamigotaly przed szyba. Na kolejnym przystanku czekalismy niecale 15 minut, a trzeba podkreslic, ze pieciopasmowa droga to nie byla. Facet, ktory uraczyl swoj zywot nasza obecnoscia, byl nie z tej ziemi. A konkretniej niejeden Polak marzy by w wieku niespelna 50 lat wciaz byc zagorzalym fanem ostrego techno. Nie przeszkodzi w tym ani kilkuletnia corka w samochodzie, ani pasazerowie, z ktorymi wypadaloby porozmawiac. Nigdy, a na pewno od bardzo dawna, nie mielismy tej watpliwej przyjemnosci sluchac hardtecno tak glosno. Odjazd zioooooom. umcy umcy umcy... ^^
Nasze szczescie potwierdzilo sie, gdy kolejny kierowca, ktory nas wzial byl pierwszym, ktoremu machalismy, a jego nastepca tym ,ktory podwiozl nas pod sam dom couchserfera w Bordeaux - Vincenta (przejechalismy z nim 400km! a mieszkal dokladnie w miejscowosci Merignac - czyli tam gdzie chcielismy dotrzec).
Luwr, nie wiemy czy na szczescie czy nasze nieszczescie, byl otwarty. Spedzilismy w nim kilka upojnych godzin, a i tak zostalo jeszcze wiele do zobaczenia. W gruncie rzeczy to, oprocz zmeczenia, bardzo nam sie podobalo.
W drodze do stacji metra, dzieki ktoremu mielismy wydostac sie z metropolii, spotkala nas niespodziewana atrakcja. Na ulicy przy znanym moscie Pont Neuf (ulica tej samej nazwy) ulokowanych jest masa...sklepow ogrodniczych i... zoologicznych! Ale jakich! U nas, w Polsce, chyba nie jestesmy w stanie spotkac ´akwariow´ ze szczeniaczkami... Yorkshire teriery, beagle, maltanczyki i oczywiscie... przeslodkie chihuahua krotko i dlugowlose. Jedyne 2800€ - mielismy kupic, ale meczylyby sie w podrozy. No a oprocz tego koty rasowe, papugi, fretki, gady, rybki itp. Ale pieski oczywiscie najlepsze :D
Metro okazalo sie byc...pociagiem. I zakladajac, ze jadac na ostatnia stacje zblizymy sie do obrzezy miasta, wyladowalismy jakies 50km na poludnie od Paryza w miejscowosci, o wdziecznej nazwie, Malesherbes.
MALESHERBES
To juz oddzielna historia. Jedna noc, a tyle wrazen. Standardowo sprawdzilismy ceny w pobliskim hotelu, ale jak to na skapcow przystalo byly za wysokie. Pojawila sie nadzieje, ze z Francuzami nie jest tak zle-barmanka i wlascicielka jednoczesnie, mowila plynnie po angielsku. No i na niej koniec. Nadchodzi burza, a nikt nie chce nas przyjac w domu, a raczej nawet nie slyszy naszej propozycji, bo po co strzepic jezyk, gdy ktos po angielsku rozumie tylko slowo ´camping´. Otoz kazdy, gdy probowalismy wytlumaczyc, ze na CAMPING nie mozemy isc, bo nasz namiot przemoknie, zaczynal tlumaczyc gdzie ow camping jest.
Po raz kolejny ratunek nadszedl z genialnego umyslu Raffcia. Skruszeni przemoczeni wrocilismy do hotelowego baru i poprosilismy o notke po francusku. Z ta oto magiczna karteczka udalo nam sie w TRZECIM domu znalezc nocleg. Nasz nowy znajomy nie rozumial ani slowa po angielsku, a my nie rozumielismy ani slowa po francusku. Zabawa byla przednia - kalambury zarowno slowne, dzwiekowe, rysowane jak i pokazywane calym cialem. Ale to co nam zaoferowal bylo warte kazdego poswiecenia: lazienke, kuchnie (w ktorej co ciekawe nie dalo sie ugotowac wody - nie bylo czajnika) i pokoj z wielkim lozkiem do naszej dyspozycji. Oferowal nawet dwa oddzielne pokoje, ale nie przesadzajmy, az tak zachlanni nie jestesmy. Pan byl bardzo mily - pokazal nam swoj trojkolowy super-motor, a rano podwiozl w okolice drogi wylotowej i Intermarche (jak my kochamy supermarkety, godzinami potrafimy decydowac sie na najnizsza cene).
Obalajac wszelkie mity musimy przyznac - we Francji o stopa nie trudno. Dla nas zatrzymal sie pierwszy samochod, ktoremu nasze gietkie nadgarstki zamigotaly przed szyba. Na kolejnym przystanku czekalismy niecale 15 minut, a trzeba podkreslic, ze pieciopasmowa droga to nie byla. Facet, ktory uraczyl swoj zywot nasza obecnoscia, byl nie z tej ziemi. A konkretniej niejeden Polak marzy by w wieku niespelna 50 lat wciaz byc zagorzalym fanem ostrego techno. Nie przeszkodzi w tym ani kilkuletnia corka w samochodzie, ani pasazerowie, z ktorymi wypadaloby porozmawiac. Nigdy, a na pewno od bardzo dawna, nie mielismy tej watpliwej przyjemnosci sluchac hardtecno tak glosno. Odjazd zioooooom. umcy umcy umcy... ^^
Nasze szczescie potwierdzilo sie, gdy kolejny kierowca, ktory nas wzial byl pierwszym, ktoremu machalismy, a jego nastepca tym ,ktory podwiozl nas pod sam dom couchserfera w Bordeaux - Vincenta (przejechalismy z nim 400km! a mieszkal dokladnie w miejscowosci Merignac - czyli tam gdzie chcielismy dotrzec).
piątek, 24 lipca 2009
to Vincent!
Thanks very VERY much You guy!
You are really talkative and we're sure that in the future Your English will be great - just host as many couchers as You can ;)
Thanks for the bed, the beer, the computer, the milk and nutella (we took a little bit).
You're a great guy=)
See You soon, we hope :)
Thx again
Rafal&Ania
You are really talkative and we're sure that in the future Your English will be great - just host as many couchers as You can ;)
Thanks for the bed, the beer, the computer, the milk and nutella (we took a little bit).
You're a great guy=)
See You soon, we hope :)
Thx again
Rafal&Ania
Paryz-miasto pospiechu i swiatel
Paryz rozpoczal sie od szukania w miare taniego noclegu (naszemu couchserferowi nie pasowal termin) i od odkrycia ze wszyscy Paryzanie sa daltonistami. Kolor swiatla na przejsciu dla pieszych naprawde nie ma wiekszego znaczenia, jesli ktos uparcie czeka na zielone to po pierwsze z pewnoscia jest tu nowy, najpewniej to turysta, a na zielone swiatlo moze sie nie doczekac - we Francji nie odryli jeszcze istnienia przyciskow przy przejsciach dla przechodniow.
Krotkie rozpoznanie i juz wiemy - tanio nie bedzie. Raff uparcie szukal hotelu, ale ceny w przedzialach 50-150 euro byly raczej nie dla nas.
W dzielnicy Montmartre z resztkami nadziei bohaterski Raffal dojrzal obskorny hotel. Eureka! Dwuosobowy pokoj bez lazienki za niecale 90 zlotych to wszystko czego nam trzeba do szczescia;)
Zdazylismy zwiedzic tego samego dnia Sacré Coeur - przepiekna neobizantyjska bazylike na wnoszacym sie ponad paryskie zabudowania wzgorzu oraz zaliczyc wieczorny spacer w dzielnicy o 'watpliwej reputacji', ktorej najwieksza atrakcja jest Moulin Rouge.
Panorama ze wzgorza

Bazylika

Wiadomo co ;P

<< Paryz - dzien drugi >>
Wykorzystujac dobrodziejstwa jakie daje mieszkanie w hotelu, zwiedzac poszlismy kolo 13 po poludniu. Po dotatrciu pod Luwr, w ktorym zamierzalismy spedzic reszte dnia, spotkala nas niemila niespodzianka. Otoz, dla niewtajemniczonych, najbardziej znane muzeum w Europie jest nieczynne we wtorki. Po tej porazce udalo nam sie jeszcze zaliczyc Notre Dame (wcielismy sie do jakiejs polskiej grupy - przewodnik za darmo i brak kolejek), kilka pieknych widokow Paryza z Wiezy Eiffla, zrobic sobie zdjecie z Lukiem Tryiumfalnym na Polach Elizejskich, wpasc do taniego spozywczaka i zdobyc domino, ktorym nieustannie cieszymy sie po dzis dzien.



Krotkie rozpoznanie i juz wiemy - tanio nie bedzie. Raff uparcie szukal hotelu, ale ceny w przedzialach 50-150 euro byly raczej nie dla nas.
W dzielnicy Montmartre z resztkami nadziei bohaterski Raffal dojrzal obskorny hotel. Eureka! Dwuosobowy pokoj bez lazienki za niecale 90 zlotych to wszystko czego nam trzeba do szczescia;)
Zdazylismy zwiedzic tego samego dnia Sacré Coeur - przepiekna neobizantyjska bazylike na wnoszacym sie ponad paryskie zabudowania wzgorzu oraz zaliczyc wieczorny spacer w dzielnicy o 'watpliwej reputacji', ktorej najwieksza atrakcja jest Moulin Rouge.
Panorama ze wzgorza
Bazylika
Wiadomo co ;P
<< Paryz - dzien drugi >>
Wykorzystujac dobrodziejstwa jakie daje mieszkanie w hotelu, zwiedzac poszlismy kolo 13 po poludniu. Po dotatrciu pod Luwr, w ktorym zamierzalismy spedzic reszte dnia, spotkala nas niemila niespodzianka. Otoz, dla niewtajemniczonych, najbardziej znane muzeum w Europie jest nieczynne we wtorki. Po tej porazce udalo nam sie jeszcze zaliczyc Notre Dame (wcielismy sie do jakiejs polskiej grupy - przewodnik za darmo i brak kolejek), kilka pieknych widokow Paryza z Wiezy Eiffla, zrobic sobie zdjecie z Lukiem Tryiumfalnym na Polach Elizejskich, wpasc do taniego spozywczaka i zdobyc domino, ktorym nieustannie cieszymy sie po dzis dzien.
Kochamy QWERTY !
Zarowno w Belgii jak i we Francji uzywa sie klazwiatury AZERTY, ktora rozni sie kilkoma istotnymi drobiazgami . Wiec nie dziwcie sie prosze gdy czasem zobaczycie ‘q’ zamiast ‘a’, ‘w’ zamiast ‘z’ albo ‘,’ zamiast ‘m’. Zle uzyty shift, trudne do znalezienia wszystkie normalne znaki interpunkcyjne , krotkie posty, bo nerwy nie wytrzymuja ciaglych bledow… Wybaczcie. A Ty QWERTY, kochanie nasze, czekaj na nas cierpliwie - tesknimy !
from Brussel to Paris
W Polsce narzekamy na brak autostrad. Na odcinku Bruksela-Paryz jest masa poplatanych hiwaysow, ktore autostopowiczom nie ulatwiaja sprawy. Pierwszego dnia po opuszczeniu schroniska dla couchserferow Jelly'ego (gosciu bierze wszystkich bez zastrzezen) nie udalo nam sie wydostac z Belgii. Nie narzekajmy - to pewnie dlatego ze jestesmy od czasu do czasu strasznymi leniami. Siadamy na srodku stacji benzynowej i wyklocamy sie kto ma isc szukac transportu.
Tak wiec bylismy zmuszeni do spania w namiocie na stacji benzynowej.
Zaspalismy jak to zwykle bywa i wszytkie polskie tiry nam uciekly. Ale dostal nam sie super kierowca osobowki - Francuz umiejacy powiedziec po polsku: "Dzien dobry", "Ja cie lubie", "Ja cie kocham" i "Daj mi buzi" ^_^
Inny mily gosciu podrzucil nas do samego Paryza i przygoda na dobre sie rozpoczela:)
niedziela, 19 lipca 2009
Bruksela
Noc z Brukseli, po ,alych trudnosciach z dotarciem, byla swietna. Zrobilismy Jellyemu niespodzianke przyjezdzajac przed czasem bez zapowiedzi, jednak okazal sie byc bardzo serdeczny. Inni coucherzy to tez niezle ziolka wiec ,ielismy swietna zabawe. Dostalismy nawet Kanadyjskie budgesy:)

THANKS VERY MUCH :D
Pogoda jest okropna -leje niemilosiernie, ale i tak ruszamy w dalsza trase - Paryz czeka!
THANKS VERY MUCH :D
Pogoda jest okropna -leje niemilosiernie, ale i tak ruszamy w dalsza trase - Paryz czeka!
from Berlin to Amsterdam
W drodze do Holandii musielismy nocowac na trasie w namiocie. Bylo cieplo i bez klopotow, wiec wspominamy to calkiem dobrze.
Rowniez niespodziewanym noclegiem byl pobyt w Achim. Udalo sie nam znalezc slupecka rejestracje na parkingu! Przyjaciel tego kierowcy zaprosil nas na nocleg do swojego domu. Nigdzie nie zaznalismy tyle zyczliwosci za co serdecznie DZIEKUJEMY:))
Achim. Piekna miejscowosci, wydawaloby sie na koncu swiata. Cicha, jak zadna inna. Bylismy pod ogromnym wrazeniem.

Amsterdam jest wspanialym miastem. Architektura zrobila na nas ogromne wrazenie. Waskie uliczki i kamienice, zyczliwi ludzie. Najbardziej spodobal nam sie Alfonse-przezyczliwy czlowiek, ktory zaprosil nas do swojego domu i ugoscil jak mogl najlepiej. THANKS ALFONSE and MARTIN.
Rowniez niespodziewanym noclegiem byl pobyt w Achim. Udalo sie nam znalezc slupecka rejestracje na parkingu! Przyjaciel tego kierowcy zaprosil nas na nocleg do swojego domu. Nigdzie nie zaznalismy tyle zyczliwosci za co serdecznie DZIEKUJEMY:))
Achim. Piekna miejscowosci, wydawaloby sie na koncu swiata. Cicha, jak zadna inna. Bylismy pod ogromnym wrazeniem.
Amsterdam jest wspanialym miastem. Architektura zrobila na nas ogromne wrazenie. Waskie uliczki i kamienice, zyczliwi ludzie. Najbardziej spodobal nam sie Alfonse-przezyczliwy czlowiek, ktory zaprosil nas do swojego domu i ugoscil jak mogl najlepiej. THANKS ALFONSE and MARTIN.
środa, 15 lipca 2009
Berlin dzien 2 cd.
Zwiedzanie poszlo zadziwiajaco dobrze. Jesli chodzi o jakies ogolne wrazenia na temat Berlina to okazal sie byc calkiem innym miastem, niz sie spodziewalismy. Najwieksze wrazenie wywarlo na nas polaczenie nowoczesnej architektury z... trawa. Pomyslowa inicjatywa. Na polaciach, utrzymanej w swietnym stanie murawy, leza wypoczywajacy ludzie, bawia sie dzieci, graja mlodzi ludzie albo po prostu sie opalaja. Parki, place zabaw i totalny brak psich odchodow to jest to, co zastalismy w stolicy Niemiec.
Niespotykanie nowoczesne i monumentalne budynki koegzystuja w pelnej harmonii z pieknie odnowionymi zabytkami. Co prawda brak troche tu kolorow... zywych kolorow. Wszystko jest w odcieniach bezu, w najlepszym przypadku plowego zoltego.
Czesto przypisywana Polakom tolerancja i goscinnosc wykraczaja tutaj poza granice naszej wyobrazni. Kreatywnosc i oryginalnosc,mozna powiedziec, sa w cenie.
W pelni zadowoleni i usatysfakcjonowani zegnamy Alexa i kierujemy sie na Amsterdam.
Berlin Dzien 2
Subskrybuj:
Posty (Atom)